piątek, 30 października 2015

Smaki jesieni

Kilka dni temu pisałam jak bardzo nie lubię jesieni. I to co napisałam to prawda.  Bo dla mnie jesień i wiosna to te pory roku, które są przejściowe, które coś zapowiadają i które kojarzą mi się ponad wszystko z czekaniem. Wiosną czekamy na wakacje, urlopy, wyjazdy, jesienią pilno nam do świąt, choinki i prezentów ;) Ale jest kilka rzeczy, dzięki którym to czekanie jest łatwiejsze i  weselsze. I jedną z takich rzeczy jest jedzenie.

Przedwczoraj po raz pierwszy robiłam papryki faszerowane mięsem mielonym z cebulką i ryżem, zapiekane z serem. I choć robiłam to dopiero pierwszy raz, oboje z Karolem pokochaliśmy to danie od razu. Jest sycące, gorące, pyszne! I choć nie mam zdjęcia niestety (za późno pomyślałam), to uznałam, że warto o tym daniu wspomnieć jako pierwsze, bo to właśnie ono najbardziej kojarzy mi się z jesienią. 

Mam za to zdjęcia pieczonych jabłek, które robię tylko jesienno-zimową porą. W domu rodzinnym zawsze mama je gotowała i w tej wersji też je pokochałam, ale pieczone są jeszcze lepsze. Szczególnie jeśli są polane miodem, czy innym słodkim sosem. 




Niedawno również robiłam sobie jabłka nadziewane kaszą jaglaną. Też pyszne, choć tam już bardziej czuć dodatki (kaszę) niż samo jabłko. Co nie zmienia faktu, że równie pyszne jak te pieczone z miodem. 


Na sam koniec chciałabym napomknąć kilka słów o gruszkach. Bo choć gruszki w surowej formie do mnie nie przemawiają, za to w murzynku mamy je uwielbiam. :) Ale jako, że w Anglii nie bawię się w pieczenie ciast, zrobiłam gruszki w jeszcze prostszej formie - pieczone z miodem i bakaliami. Miodzio!


Jeśli nie robiliście jeszcze nigdy żadnej z tych propozycji, które podałam wyżej lub po prostu o nich zapomnieliście - polecam odświeżyć pamięć i kubki smakowe :) Za dwa dni listopad, jesień niedługo będzie się kończyć, więc szkoda by było gdybyście nie zjedli choć jednego pieczonego jabłka w tym sezonie :) Pozdrawiam i życzę smacznego!

środa, 28 października 2015

Czasomierz

Co za tempo dzisiaj... Niemalże cały dzień na uczelni spędzony na zbieraniu dokumentacji z podpisami supervisora, skanowaniu, konwertowaniu do odpowiedniego formatu, a doszła jeszcze przerwa obiadowa w "dziekanacie" i dopiero na koniec uploadowanie wszystkiego na platformę uczelni. A później jeszcze raz powrót na uczelnię, bo zostawiłam pendrive'a w jednym z labów. Brawo ja! :)
Tyle dobrze, że pogoda rozpieszcza. Jest naprawdę ciepło i słonecznie, a to najważniejsze.



Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić moim sposobem, który niedawno odkryłam, a który znacznie ułatwił mi koncentrację na zadaniach, które mam do wykonania danego dnia. 
Czasomierz. Funkcja w niemalże każdym telefonie, która jest dość użyteczna przy organizacji czasu. 
Ja jestem tym typem osoby, która ucząc się wchodzi tylko na minutę na facebooka, żeby zobaczyć, czy nie ma do mnie żadnych nowych wiadomości, a budzę się po 4 godzinach, bo na facebooku był link do filmiku, a z jednego filmiku przeszłam na drugi, a jeszcze przy okazji zobaczyłam co dzieje się w świecie... 



I właśnie w takich wypadkach aplikacja Czasomierz sprawdza się świetnie. Nastawiamy sobie go na godzinę, półtora lub więcej w zależności od tego jak dużo czasu chcemu poświęcić na angielski, matematykę, czy oglądanie filmików na yt. Po tym czasie włączy się alarm informujący nas, że czas, który przeznaczyliśmy na daną rzecz już minął i można teraz nieco odpocząć, albo w końcu wziąć się do roboty. Właśnie czegoś takiego, co trzyma mnie czasowo w ryzach mi brakowało. Polecam!

sobota, 24 października 2015

Piątkowy wieczór

Wczorajszy wieczór był zdecydowanie udany. Wręcz wymarzony. Kocham, ale to kocham klimat kawiarni - dobrej muzyki i aromatycznego zapachu kawy... Razem z narzeczonym odwiedziliśmy kawiarnię Connors mieszczącą się w Hat Factory, w Luton. Dawno już nie byliśmy na takiej typowej, wieczornej randce ;) Odżyły w nas wspomnienia sprzed 2-3 lat, gdy dopiero się poznawaliśmy i co kilka dni mój kochany zabierał mnie to na pizzę, to do kina, Niekiedy przynosił mi też róże, co było zawsze bardzo miłym gestem z jego strony.

We czwartki i w piątki w tym lokalu już od jakiegoś czasu organizuje się wieczory z muzyką na żywo. Gatunek muzyki jak najbardziej wpasowuje się w urok tego miejsca - grają jazz, blues i lekki pop w akustycznych aranżacjach. Czyli coś co ja u-wiel-biam. Zamówiliśmy sobie po kawie i czekaliśmy na występ Chloe Porter.


Było pięknie. Wokalistka bardzo sympatyczna i przyjaźnie nastawiona do dość kameralnej publiczności, która przyszła tam na kolację czy na właśnie kawę czy lampkę wina. Utwory były starannie dobrane - tak, żeby nie było za smętnie, ale żeby całość była utrzymana w romantyczno-kawiarnianym klimacie. Za rozluźnienie atmosfery zadbał czarnoskóry mężczyzna koło 60tki z czanrymi kędziorkami na głowie i niebanalnym stroju scenicznym ;). Niestety, ale na zdjęciach tego nie uchwyciłam,..


Występ skończył się krótko po 22giej i my też o tej porze ruszyliśmy do wyjścia. Byliśmy wręcz oczarowani tym nastrojowym wieczorem. A na dokładkę tych miłych wrażeń po drodze do samochodu znalazłam monetę 2-funtową leżącą na chodniku :) Także lepiej być nie mogło! 

Dzisiejszy wieczór też zamierzamy spędzić romantycznie - przy lampce wina i dobrym filmie.
 A jak Wam mija weekend? 

środa, 21 października 2015

Porządki

Czy też tak macie, że chcecie posprzątać szafkę, ale ostatecznie sprzątacie całe mieszkanie? Czasem wydaje mi się, że posprzątanie w szafce, czy szufladzie zajmie mi koło 15-20 minut, a kończę i tak po 4 godzinach. No bo jeszcze trzeba było posprzątać w tej szafce, w tamtej szufladzie, a tu kurze, a tam podłoga. Marzy mi się przestronne mieszkanko, gdzie ubrania/kosmetyki/inne rzeczy byłyby pięknie poukładane w szafeczkach, koszyczkach... Mieszkanko, w którym byłoby miejsce na salon, na wygodną kanapę, ławę i wielką lampę.

Kocham eksperymentować z wnętrzem. Lubię i od zawsze lubiłam zmieniać ustawienie mebli w pokoju, dodawanie dodatków dekoracyjnych, układanie i organizowanie rzeczy, Tutaj w Anglii mam zawężone działanie, bo mieszkam w kawalerce, a na dodatek prawie wszystkie meble nie są moje, więc nie mogę ich wyrzucić, zamienić, czy sprzedać. Ale za to mogę zrobić zmiany w mniejszych dodatkach np. w kuchni :)


Zużyte słoiki po wekach, które przywieźliśmy latem wykorzystałam na organizację sztućców i innych akcesorii. Dodanie zielonej wstążki u góry sprawiło, że całość wygląda dość estetycznie i ładnie :) 
Tą samą wstażkę wykorzystałam również do przewiązania kawałka ozdobnej serwetki, by zakryć wieczko od słoika na pomarańczową czekoladę. 

Lubię, gdy mieszkanie jest czyste i ładne. Kiedy wieczorem można spokojnie się zrelaksować, zapalić jakąś świeczkę, włączyć światełka i obejrzeć jakiś film. Teraz zabieramy się za Wilka z Wall Street, a następni w kolejce będą Bogowie i Gone girl. Pora nadrobić filmowe zaległości...

A jaki film Wy możecie polecić mi na jesienne wieczory? 

wtorek, 20 października 2015

W bibliotece

Dzisiejszy poranek przyniósł lekki przełom w moim jesiennym chorowaniu. Nie mogę powiedzieć, że jest to przyjemny przełom, bo ów zmiana dotyczy opryszczki. Teraz zamiast nieustającego kichania mam piekącą i źle wyglądającą opryszczkę na górnej wardze ust. Mam nadzieję, że szybko mi się zagoi, mój kochany właśnie pojechał do sklepu, więc powinien coś mi na tą moją bolączkę poradzić. Z tego co wiem, to w polskim sklepie maści cynkowej nie było, ale za to jest jakaś inna maść, która może pomoże ;)

Wczorajsze całe przedpołudnie spędziłam w bibliotece wertując dość ubogi dział matematyczny. Szukałam książek, które by traktowały o fraktalach, bo to o nich chcę pisać swoją pracę inżynierską. Choć w sumie mówiąc - pisać pracę - mam na myśli napisanie programu, prawdopodobnie będę pisać w Pythonie, który generuje video fraktali w 4-wymiarowym formacie. Taki pomysł na temat pracy podsunął mi mój supervisor i szczerze mówiąc mi pasuje. Myślę, że roboty trochę będzie i przyłożyć się będzie trzeba, ale efekt może być tego warty.

Lubię ten widok z okna uniwersyteckiej biblioteki :) 

A dzisiaj nastąpił także przełom w kwestii tegoż bloga. Otóż to właśnie dzisiaj pojawił się pierwszy komentarz! Cieszę się bardzo, szczególnie, że ten komentarz nie był reklamą proszku do prania ani nie był pisany poKeMonoWyM pismem ;) 

niedziela, 18 października 2015

Nie lubię jesieni

Kiedy już wydaje Ci się, że możesz góry przenosić, że właśnie teraz jest Twój czas i teraz to Ty dopiero pokażesz - właśnie wtedy dopada Cię przeziębienie. I Twoim jedynym zajęciem staje się leżenie w łóżku i wycieranie co chwila nosa, Taak... Jesienne przesilenie właśnie dało mi się poznać od tej najgorszej strony.

Niektórzy chwalą sobie tą porę roku. Doceniają długie wieczory, które mogą wykorzystać na domowy relaks, gorącą kąpiel w towarzystwie pięknej muzyki i świec, czytanie książki z przerwami na popijanie gorącego kakao czy sławne na całe świat Pumpkin Spice Latte ze Starbucksa. A ja nie.


Zacznijmy od starbucksowego PSL. Skuszona wszechobecną reklamą tego napoju postanowiłam go wypróbować.  Wzięłam mały kubek, za który zapłaciłam ok. £4. Nadzieje wielkie, ale już po pierwszym łyku wiem, że to były zmarnowane pieniądze. Biorę kilka kolejnych łyków, by dać temu piciu jeszcze jedną szansę. Niestety - napój jest tak słodki, że nie da się go pić. Mix przypraw korzennych nie podchodzi mi w ogóle, a na dodatek nie wyczuwam tu żadnej kawy. Moje podsumowanie: drogi i mega słodki napój kawo-podobny z dziwnymi przyprawami w środku. Nie polecam. 


Gorące kąpiele. Owszem, lubię, uwielbiam, bo kto nie lubi? Ale jest jeden problem. W obecnym mieszkaniu nie mam wanny, więc o żadnym wylegiwaniu się w wodzie przy klimatycznych świecach nie ma mowy. Poza tym - gdybym miała wannę, to brałabym zapewne długą relaksującą kąpiel co dwa dni, bez względu na porę roku. 

O książkach mogę powiedzieć to samo, aczkolwiek zgadzam się z tym, że jednak jesiennym wieczorem książki smakują inaczej. Szkoda tylko, że zamiast wchłaniać ich magię i relaksować się wieczorami przy ich stronicach, muszę stresować się wyborem pracy inżynierskiej razy dwa. To już nie jest ten sam jesienny wieczór co choćby 5 lat temu.

 Mam nadzieję, że za rok będzie inaczej i napiszę post zatytułowany kocham jesień. I będzie on nieco bardziej optymistyczny niż ten ;) 
Apsik!

piątek, 16 października 2015

Coś oryginalnego

Ten i następny tydzień to czas wyboru grupy i projektu końcowego. O ile grupę już mam (choć nie jestem do końca zadowolona, ale nic na to nie mogę poradzić), to nic nie przychodzi mi do głowy jeśli chodzi o projekt końcowy. Mam na myśli projekt grupowy, bo o indywidualny się tak nie martwię. Z tego drugiego prawdopodobnie będę robić matematyczną wizualizację jakiegoś zagadnienia.

A tak w ogóle to....

Nauczyciele są wymagający. Nie dają żadnych propozycji tematów tylko każą samemu znaleźć jakiś pomysł. I to mnie irytuje. Niby z jednej strony dobrze, bo w ten sposób niczego nie narzucają i pobudzają naszą kreatywność, ale z drugiej strony sprawiają, że ten projekt jest dla mnie co raz bardziej stresujący. I dla innych studentów także. 

Życzą sobie czegoś innowacyjnego, czego jeszcze nie ma na rynku, coś oryginalnego. Na propozycje aplikacji skanowania książek i usprawnienia systemu wypożyczania sprzętu akademickiego tutor skrzywił się, mówiąc, że to robota na kilka tygodni, a on chce zobaczyć coś nad czym siedziało 5 osób pół roku. I niech mi ktoś teraz powie, że poziom edukacji w Anglii jest niższy niż w Polsce, to chyba zabiję. 



Poza tym nie jestem pewna czy to wszystko idzie w dobrym kierunku. Czy to zawsze dobrze, gdy wymyślamy nowe aplikacje, systemy, programy? Czy to pomaga czy może nas co raz bardziej rozleniwia, a wręcz przeszkadza? Ostatnio czytając Historię filozofii po góralsku Józefa Tischnera trafiłam na ciekawy fragment. 

Cy ty wiys co w tobie siedzi? Jaki djaboł? Jaki anioł? No nie wiys. To po co patrzys na gwiozdy, wtore sóm jest daleko, a nie patrzys na siebie wtorego mos blisko? Nie uciekoj od siebie. Nie trać siebie. Poznaj cłeku samego siebie. 



To dobre słowa pod refleksję na temat tego co odkryte i nieodkryte. Zamiast wciąż szukać nowych idei, robić nowe aplikacje, może warto wpierw poznać te, które już istnieją? Czasami łapię się na tym, że kilka lat posiadając jakąś rzecz codziennego użytku nie odkryłam prostej funkcji, którą ona spełnia. A co tu mówić o tysiącach programów i milionach linijek kodu.  


Pierwsze


Przed chwilą wróciłam z pierwszych zajęć na IIIcim roku. Właściwie to nie są one pierwszymi, bo pierwsze niejako przegapiłam. No cóż, życie dorosłych bywa wymagające i czasem trzeba coś wybrać. W tamtym tygodniu wybrałam pracę i dlatego też pierwsze wykłady mnie ominęły. Ale z tego co wiem to niewiele straciłam, także nie rozpaczam tylko lecę dalej.


Jako, że to mój pierwszy post na tym blogu, wypada się przedstawić. Właściwie to nie wiem czy ktoś w ogóle kiedyś przeczyta choć jedną notkę z tego bloga, ale jeśli tak, to nieładnie byłoby z mojej strony gdybym nie powiedziała kim w ogóle jestem i co tu robię :)

A więc nazywam się Kasia i obecnie zaczęłam trzeci rok studiów na brytyjskim uniwersytecie. Mój kierunek studiów to "Computing & Mathematics" a wydział nazywa się "Department of Computer Science and Technology" Mieszkam w Luton, mieście o godzinę drogi oddalonym od Londynu na północ. W Polsce możecie się na mnie natknąć w powiecie zamojskim, w województwie lubelskim, zazwyczaj w okresie świąt lub wakacji.





Ten blog zamierzam prowadzić w formie pamiętnika - będę aktualizować informacje odnośnie tego, co się u mnie dzieje jak również pisać o jakiś interesujących i inspirujących rzeczach, ludziach czy wydarzeniach. 
Z blogowaniem mam już pewne doświadczenia, ale to było tak dawno temu, że obawiam się trochę o przyszłość mnie jako blogerki. Nie wiem jak długo wytrwam w pisaniu i czy będzie ktoś kto będzie chciał mnie czytać, Na razie zamierzam pisać, a później zobaczymy. :)