sobota, 5 grudnia 2015

Dzyń, dzyń, dzyń

Grudzień to dla mnie magiczny miesiac, na który czekałam cały rok. Kocham wszystko co z nim związane - świąteczną aurę, zimniejszy, mroźniejszy klimat, adwent, sylwestra. Uwielbiam to, że już od trzech lat wracam do Polski i doceniam każdą najmniejszą chwilę z bliskimi przy herbacie i ciastku. Z wiekiem po prostu zaczęłam świadomie je doceniać. Wszystkie malutkie rzeczy, gesty, prezenty, chwile, sekundy, minuty i godziny.



I nie wiem jak Wy, ale ja świąteczny klimat czuję już całą sobą. Lista wyjazdowa na święta już zrobiona, prezenty dla bliskich po części kupione czekają na spokowanie, karmelowe machiatto ze Starbucksa wypite, poduszka z reniferem na łóżku ułożona, ściereczka z choinką zwisa sobie spokojnie z drzwiczek od piekarnika, a w moim notesie ukazały się już pierwsze paski świątecznej taśmy, którą ozdabiam swój kalendarz w ten świąteczny miesiąc. Poza tym - wczoraj obejrzeliśmy Kevina samego w domu, a zaraz odpalamy nowojorską wersję tego filmowego hitu :) W przerwach między zajęciami domowymi czy zawodowymi puszczamy już na cały regulator piosenki świąteczne, nie myślimy o tym czy to jeszcze za wcześnie - w końcu już jutro są Mikołajki! :) A więc już można! :)



Przy okazji tej luźnej notki, którą poświęcam na opisanie tego co akurat kumuluje się w mojej głowie chcę wspomnieć o rekolekcjach duchowych. Święta to przecież czas pokoju i miłości, nie toczmy więc wojen między sobą. Pamiętajcie, że każde słowo, które piszecie w internecie nie jest słowem pisanym od robota do robota. To słowa, które czasem mogą zaboleć, spowodować, że ktoś inny poczuje się źle, smutno i beznadziejnie. Nie róbcie więc przykrości innym i nie piszcie wszystkiego co myślicie - przecież w realnym świecie nie wytykacie tylko ludziom wad i błędów. A może się mylę? 

I warto też pamiętać o drugiej stronie medalu - słowo może czasami dodać drugiej osobie trochę otuchy, zrozumienia, miłości. Nie bójcie się więc napisać, że ktoś ślicznie wyszedł na zdjęciu, odezwać się na facebookowym czacie do starej koleżanki, czy przyzać, że wzruszyliście się po tym co ktoś np. napisał na blogu, czy nagrał na youtubie. Wiem, że teraz ludzie wstydzą się okazywać uczucia pozytywne, dużo łatwiej przychodzi nam narzekanie i pisanie o tym jak to beznadziejnie mamy w życiu. Generalnie panuje moda na hejt - ludzie czytając artykuł, notkę na bloga, oglądając filmik, czy przeglądając zdjęcia na facebooku szukają błędów innych. Ba, odnajduję satysfakcję, gdy napiszą coś niemiłego (choć może i prawdziwego) do innych. Błagam, nie idźcie tą drogą i nie róbcie tego. 



Zamiast doszukiwać się wad i błędów innych, porównywać swoje życie do życia kogoś innego, odnajdźcie coś fajnego, miłego, pięknego w innych i na tym się skupcie. Nie rańcie innych, nawet jeśli wydaje wam się, że nie piszecie nic złego, tylko samą prawdę. 

A jeszcze nawiązując do rekolekcji adwentowych to zapraszam Was serdecznie na #jeszcze5minutek - poranne rekolekcje prowadzone przez ojca Szustaka. W tym roku są na luzie, bez spiny, a jednak trafiają w serce i każdego dnia skupiają się na różnych ważnych aspektach naszego duchowego życia. 
________________________
A teraz już kończę, by skupić się na totalnie nieduchowym aspekcie, a mianowicie na przygodach Kevina samego w Nowym Yorku! :D 

środa, 2 grudnia 2015

Projekt denko po raz pierwszy.

Z projektem denko zapoznałam się,  kiedy to zaczęłam dość regularnie oglądać vlogerki youtubowe prawiące o kosmetykach, ubraniach i życiu codziennym. Jednak nigdy szczególnie nie dbałam o swoje kosmetyki. Tzn. kupowałam różne, najczęściej to co akurat pod wpływem impulsu przyszło mi do głowy, nie bardzo zwracając uwagę na to, że tego typu kosmetyk to już w mojej kosmetyczce 3-cia czy 4-ta sztuka. I tym sposobem miałam na raz po 4-5 tuszy, z których używałam tylko jednego, ale resztę trzymałam, bo jeszcze może się przyda, bo coś tam jeszcze jest.... Taaa...

Podpatrzony projekt denko otworzył mi oczy. Stałam się bardziej świadomą tego co mam. Zrobiłam sobie mały inwentarz, pospisywałam pozycje które posiadam, za ile kupiłam oraz kiedy i tak to zaczęłam śledzić żywotność moich kosmetyków, ich działanie, potrzebność i cenę. Teraz w moich kosmetykach panuje ład - nie kupuję co chwila kosmetyków, bo wiem, że poprzednich nie zużyłam i kupowanie kolejnego jest bezcelowe. Moja postawa nawet trochę o minimalizm zakrawa ;)

To był wstęp. A teraz przejdźmy do sedna, czyli do kosmetyków.


Legenda do tego obrazka jest bardzo prosta:
  •  zielone - kosmetyki, które z chęcią kupię ponownie, są super, mam już ich n-te opakowanie. 
  • pomarańczowe - nie wiem czy kupię je ponownie, nie było tragedii, są ok. 
  • czerwone - z pewnością już ich nie kupię, nie lubię, nie sprawdziły się, do niczego
I jako, że nad tymi na czerwono i pomarańczowo nie ma co się rozwodzić, od razu przejdę do omówienia tych, które polecam serdecznie spróbować.

1. Żel oczyszczająco-rewitalizujący, 200 ml, Garnier
Jak dla mnie najlepszy sprawdzony środek do mycia twarzy. Pięknie pachnie grejpfrutem, ładnie się pieni, jest wydajny. Dodatkowo wygodna pompka, ułatwiająca dozowanie. Skóra po myciu jest przyjemnie oczyszczona, nie ma efektu ściągnięcia, jest za to efekt świeżości i czystości. Koszt to około 3 funty, czyli ok. 18 zł. Aha, butelka wystarczyła mi na 9 miesięcy.  

2. Woda micelarna, 400 ml, Garnier
Mój ulubiony środek do zmywania makijażu. Proces zmywania jest szybki i przyjemny. Można używać zarówno do twarzy, jak i oczu - nie powoduje pieczenia. Prawie bezzapachowy, również wydajny.  Kosztuje koło 5 funtów, ale na częstych promocjach można go dorwać za 3 funty. Mi wystarczył na 9 miesięcy.

3. Mleczko pod prysznic, 250 ml, Palmolive
Wspaniałe mleczko pod prysznic na chłodniejsze dni. Pięknie, delikatnie pachnie, konsystencja jest gęsta, dobrze się pieni i myje. Używanie czegoś takiego pod prysznicem to czysta przyjemność. Ale niestety, produkt nie jest zbyt wydajny. Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że posłużył mi na miesiąc, może dwa. Ale za to ma niską cenę - tylko jednego funta. 

4. Szampon do włosów średnich i długich, z ekstraktem z oliwy z oliwek, 350 ml, Palmolive.
Kolejny, genialny produkt firmy Palmolive. To już chyba nasza piąta czy szósta butelka. Mówię nasza, bo tego szamponu używa również mój narzeczony - tylko ten szampon (spośród przez niego testowanych) nie podrażnia mu skóry głowy, nie powoduje łupieżu itp. Ja z kolei mogę dodać, że nie obciąża włosów, nie przetłuszcza, nie plącze. Włosy są czyste, lśniące, pachnące. Kosztuje tylko 1 funta i jest wydajny, bo jest dość gęsty. 

9. Pasta do zębów, 75 ml, Oral-B.
Można powiedzieć, że pasta jak pasta - ma myć zęby, ewentualnie chronić dziąsła czy wybielać szkliwo. Ale polecam tą pastę, bo ma piękny zapach. Nie wiem jak go opisać, bo miętowy to kojarzy mi się z zielonymi seriami past do zębów, a tego zapachu nienawidzę (tak samo jak zielonych gum do żucia). Może tak, że ma taki artktyczny, mroźny smak. :) Ceny i wydajności nie powiem, bo nie pamiętam, Po prostu. 

13. Antyperspirant w kulce, Pearl & Beauty, 50 ml, Nivea
Moje n-te opakowanie. Uwielbiam ten produkt za działanie, zapach i cenę. Nie ma dla mnie lepszego na rynku. Jest tania i wydajna - za funta można używać ją przez 8-9 miesięcy. 

15. Płatki kosmetyczne, próbka - 30 szt, Carea
Świetne! Nie rozdwajają się, nie strzępią tylko są takie właśnie zbite, prążkowane. To bezpłatna próbka, którą dostałam kiedyś od mamy Karola, więc nie wiem ile kosztuje pełna wersja. Wydajność natomiast zależy od tego iloma płatkami zmywacie makijaż. Ale tak na 2 - 4 tygodnie wystarczyły. 

17. Tusz do rzęs - Lash Accelerator Endless, 10 ml, Rimmel
Genialny tusz, który wyczesuje każdą rzęsę. Napewno wydłuża, ale raczej nie pogrubia, może minimalnie. Więc daje taki efekt naturalnych, długich rzęs, bez sklejania. Nie osypuje się, ładny czarny kolor. Kosztował 5 funtów w Wilkinsonie na promocji i wystarczył mi na pół roku. 

22. Maseczka oczyszczająca, zielona glinka, 8 g, Marion Spa.
Maseczka, którą przywiozłam sobie z Polski i która zmienia moje nastawienie do maseczek. Lubię czasem nałożyć na twarz jakąś maseczkę, żeby poczuć się piękniej, ale tak naprawdę te maseczki niewiele robią, albo i nic. Tą natomiast naprawdę czułam na skórze. Generalnie to w opakowaniu jest tylko proszek, który trzeba wymieszać z wodą. Skład jest jednoelementowy i zawiera tylko i wyłącznie zieloną glinkę, nic więcej. Moja cera po tej maseczce była oczyszczona, ale też taka świeża, wypoczęta. Niesamowite uczucie. Kosztowała koło 2óch złotych i jest jednorazowego użytku. 


Jestem ciekawa czy Wy mieliście coś z tego, co pokazałam. Jeśli tak, wyraźcie swoje zdanie w komentarzu. Z chęcią poczytam również o Waszych ulubionych kremach do twarzy, bo mój już się kończy i teraz chciałabym coś innego (Moja twarz jest raczej tłustą, ewentualnie mieszaną, skłonną do wyprysków, trądziku)