środa, 20 lipca 2016

Studia w Anglii

Po dość kontrowersyjnym temacie nagich zdjęć w Internecie, dziś znów powracam z tematyką angielską. Tym razem postaram się Wam przybliżyć studia w Anglii z mojej perspektywy. Wczoraj oficjalnie otrzymałam dyplom inżyniera, więc teraz mogę już z całym spokojem odetchnąć i z lekkiego dystansu opowiedzieć Wam jak to na tych studiach jest.

KONTEKST

Notka, jak z resztą każda na tym blogu, jest pisana subiektywnie. Mam 22 lata, studiowałam w Luton na University of Bedfordshire kierunek BSc (Hons) Computing & Mathematics. Studia były trzyletnie, zaczęły się jesienią 2013 a skończyły w maju tego roku.



FORMALNOŚCI

Studia w Anglii kosztują i za rok studiów I stopnia musiałam zapłacić 9 tys. funtów. Oczywiście, ani ja, ani moi rodzice nie mają takich oszczędności, więc złożyłam podanie o pożyczkę studencką. Pożyczka studencka jest bardzo powszechną formą płatności za czesne, korzystają z niej również ci, których stać na opłacenie studiów. Dostać ją nie jest trudno, praktycznie każdy dostaje pozytywną odpowiedź.

Co do przyjęcia na studia - trzeba aplikować wcześniej, choć to również nie jest regułą. Ja wpadłam na pomysł studiowania w Anglii dopiero w czerwcu, po maturze i jak widać dostałam się. Korzystałam przy tym z pomocy jednej z firm, która praktycznie wszystko zrobiła za mnie - napisała list motywujący, pomogła w wypełnieniu podania. Pamiętam, że trzeba było również mieć 2 referencje - np. od nauczycieli z liceum. Świadectwo maturalne jak i ukończenia szkoły trzeba było przetłumaczyć na angielski, a kopie świadectw musiały być urzędowo potwierdzone, że są zgodne z oryginałem. Próg przyjęcia na studia w Anglii 3 lata temu to było 60% średnia z matury i 70%  z angielskiego na poziomie podstawowym.

Taka firma może Wam również pomóc w zakwaterowaniu, znaleźć pokój czy mieszkanie, jeśli nie chcecie mieszkać w akademiku, który zazwyczaj jest droższy. Jednak mi nie pomogła skutecznie, bo po przyjeździe do Luton, zostałam bez dachu nad głową, z wielkimi tobołami. Także - miejcie ograniczone zaufanie w tej kwestii i zrozumcie, że takie pokoje, mieszkania rozchodzą się bardzo szybko i mimo, że coś było zaklepane, po przyjeździe może być już zajęte...

Koszt aplikowania na kierunki to chyba £12 za jeden kierunek, a cena usługi takiej firmy pośredniczącej w aplikacji na studia to £42.

SYSTEM NAUCZANIA

W odróżnieniu od polskich uczelni, na angielskim uniwersytecie ma się 4 przedmioty, z czego na każdy poświęcone są 4 godziny zegarowe. Zazwyczaj są to 2 godziny wykładów i 2 godziny zajęć praktycznych. Nauczyciele są bardzo pozytywnie nastawieni do studentów, nie krzyczą, nie docinają, nie ma też ocen z zajęć. Do nauczycieli mówi się per ty, kadrę traktuje się jak przyjaciół, którzy chcą nam pomóc się czegoś nauczyć. Często rozmowy z nauczycielami są również nie na temat, nie brakuje żartów i pogawędek kulturowych. Zauważyłam też dużą tolerancję na spóźnienia. Na niektórych wykładach mogłeś przyjść praktycznie pod koniec, a i tak miałeś obecność odbitą. Bo obecność sprawdzana jest za pomocą skanera kodów kreskowych z waszych legitymacji.


Egzaminy z jakimi miałam do czynienia to raport, ustna prezentacja z pytaniami, praca grupowa nad projektem, portfolio, artefacty (kod + raport/video + print screeny), test wielokrotnego wyboru oraz egzamin pisemny z otwartymi pytaniami. System oceniania literowy - A+ najlepsza ocena, D- ostatnia pozytywna ocena, F- najgorsza ocena. Do sprawdzania ocen, wykładów, ogłoszeń itp. służyła mi platforma https://breo.beds.ac.uk/ gdzie po zalogowaniu się na swoje konto, otrzymujesz dostęp do różnych ciekawych informacji.

PLUSY I MINUSY

Olbrzymim plusem całych studiów był stosunkowo niski poziom stresu. Na niektóre zajęcia chodziłam totalnie wyluzowana. Nie wynikało to tyle z poziomu uczelni czy kierunku, co podejścia nauczycieli. Tu nauczyciele nie znajdują przyjemności w oblaniu kogoś, wręcz przeciwnie - robią wszystko co w ich mocy, żeby pomóc studentowi. Podsuwają literaturę, tłumaczą indywidualnie, pokazują liczne przykłady na tablicy lub na rzutniku, wrzucają gotowe rozwiązania na stronę www, odpisują na mejle z zapytaniami i generalnie są bardzo entuzjastycznie nastawieni do osób żądnych wiedzy.

Mój przyrząd do mierzenia korytarzy uniwersytetu zrobił furorę :D


 Również w pierwszym roku były organizowane PAL sessions, gdzie z różnymi trudnościami pomagali nas studenci z drugiego roku. Były to nieformalne spotkania, na których dowiadywaliśmy się różnych rzeczy i jeszcze raz były tłumaczone trudniejsze zagadnienia.

Również liczba godzin oraz możliwość dostosowania zajęć pod siebie była zdecydowanie na plus. Jeśli ktoś chciał pracować, robił to bez przeszkód, bo jego całe zajęcia mogły zmieścić się w dwóch dniach.

Kolejnym plusem są różne miłe gratisy jak np. 300 funtów do wykorzystania w konkretnym sklepie lub 50 funtów na drukowanie. Również dość często organizowane są loterie, konkursy, czy darmowa pizza podczas dodatkowych wykładów ;)

Znaczący plus mojej uczelni to również lokalizacja oraz różne udogodnienia. Uczelnia mieści się przy centrum handlowym i rynku oraz blisko lotniska. Sam budynek uczelni jest nowoczesny, ma podjazdy dla niepełnosprawnych, liczne windy, duże toalety, sprawnie działający system wypożyczania i oddawania książek oraz bardzo dużo miejsca do nauki ze stanowiskami z komputerem, tabletami czy rzutnikami.

A za oknem śnieg! *_*

A tu można oddać wypożyczoną książkę 


Pierwszym i oczywistym minusem są koszta. 27 tys. funtów za trzyletnie studia, to umówmy się, dużo. Studia w Anglii są jednymi z najdroższych i mimo, że dostajemy tą pożyczkę, która jest na znakomitych dla nas warunkach, ciągle nam te pieniądze gdzieś w głowie ciążą.

Istotnym minusem może być brak praktyk. Przynajmniej na moim wydziale nie trzeba było mieć żadnych praktyk, co w konsekwencji daje mniejsze zaznajomienie się z rynkiem pracy oraz zubożenie CV.

No i ostatnim minusem, który zauważyłam jest zbyt lajtowe podejście innych studentów, którzy trochę demobilizują. Grupowe projekty często były dla mnie zmorą, bo ja nie lubię tracić czasu i wolę wykorzystać czas na zajęciach, niż przegadać, a robotę robić w domu, lub spotykać się w innym dodatkowym terminie. Poza tym wiele osób miało podejście "aby zdać" i zdarzało mi się szukać osób z grupy na tydzień przed deadlinem (czyli terminem oddania), bo sobie to po prostu olali i nie przyszli.

PODSUMOWANIE

Temat studiów to temat rzeka. Wiem, że nie uda mi się stworzyć postu, który obejmie wszystkie aspekty, bo po prostu ta moja paplanina trwałaby w nieskończoność.

W moim przypadku, żeby ocenić moje studia, musiałabym brać pod uwagę słuszność wyjazdu za granicę, wyboru uniwersytetu oraz kierunku. Jako, że nie jestem z tych co żałują swoich decyzji, dziś z uśmiechem dziękuję za możliwość studiowania za granicą, doceniam wiedzę i umiejętności, które nabyłam w ciągu tych 3 lat i mam nadzieję, że to wszystko przyda mi się w przyszłości, kiedy będę formować swoją wymarzoną ścieżkę zawodową. Teraz jest już po wszystkim i nie zostaje mi nic innego jak cieszyć się dyplomem.



Jeśli macie jakiekolwiek pytania - piszcie w komentarzach. Tymczasem życzę miłej końcówki tygodnia. Jak to było... środa minie, tydzień zginie. Na razie! :)

czwartek, 14 lipca 2016

Gołe laski czy sztuka?

Domyślam się, że wiele z Was ma, korzysta i udziela się na takich portalach jak Facebook czy Instagram. Być może irytuje Was wiele rzeczy, jak np. zaproszenia do gier, spam, reklamy... Wiem, że uciążliwi bywają też znajomi, którzy chwalą się dosłownie wszystkim i zalewają nas jakąś informacją ze swojego życia mniej więcej raz na dwie godziny. Znacie to? Okay. To teraz czas opowiedzieć o nowym trendzie czyli o rozbieraniu się przed kamerą i wstawianiem zdjęć do sieci. 

Zacznę od czegoś, co pewnie sami zdążyliście już zauważyć. Dziewczyny, które chcą schudnąć/zdrowiej żyć/być fit wstawiają swoje zdjęcia w samej bieliźnie i rozpisują się na temat swojego cudownego schudnięcia lub stylu życia. Namawiają tym inne osoby, by komentowały jej brzuch, uda, pupę i całą resztę... Czy nie uważacie, że to jest trochę dziwne? Czy tylko ja uważam, że wstawianie takich zdjęć do sieci jest nie na miejscu? Co więcej, w większości tych szczuplutkich atrakcyjnych kobiet, komentatorami nie są pulchne panie, które biorą przykład tylko mężczyźni komentujący słowami "ale dupa", "petarda", "idealne ciałko". Tym samym te kobiety robią z siebie sztuczne przedmioty, które można komentować do woli, jakby to był jakiś towar na targu. 

Jeśli Instagram Was nie szokuje, to mam dla Was jeszcze jedno odkrycie wczorajszego wieczoru. Ktoś z moich znajomych polubił zdjęcie na Facebooku, które przedstawiało kobietę w bikini. Zdjęcie jak zauważyłam pochodziło ze strony pani Fotograf, która na swoim blogu zamieściła całą sesję z dziewczyną. Wśród zdjęć były też takie, gdzie widać nagie piersi lub totalnie nagą kobietę. Dodam, że ta dziewczyna była wymieniona z imienia i nazwiska - zarówno na blogu jak i na Facebooku oraz pozowała normalnie z twarzą w publicznym miejscu, jak gdyby nigdy nic. 

Twórcy takich zdjęć jak i same modelki zasłaniają się jedną i tą samą śpiewką. To nie jest nic złego, każdy teraz takie wstawia, pokazuje po prostu swoje piękne ciało, a jeśli Ty masz kompleksy to weź się nie wypowiadaj itp. Według mnie te osoby same robią sobie krzywdę. Jeśli ktoś uważa, że Internet kończy się na Instagramie czy Facebooku (choć to moim zdaniem już baaardzo dużo), to współczuję. Zanim dziewczyna zorientuje się, że popełniła błąd publikując takie treści (bo np. jej rodzice zobaczą jej nagie zdjęcia na Facebooku), będzie za późno. Zdjęcia wraz ze wszystkimi informacjami - jak imię, nazwisko, miasto, wiek itp. może być już na totalnie innej platformie, niewykluczone, że pornograficznej. 

Poza tym - nie rozumiem co miłego jest w komentarzach typu "dobre cyce" czy "sexy tyłek mmmmmm". Dla mnie takie komentarze jak i zdjęcia są uwłaszczające i poniżające. 
Pamiętam czasy, kiedy nagranie filmiku z dziewczyną przebierającą się w szatni szkolnej było wielką aferą i wiele dziewczyn, które były załamane półnagimi zdjęciami krążącymi wśród znajomych. A teraz? Teraz to jest trendy. Dziewczyny same pstrykają sobie takie zdjęcia lub zatrudniają profesjonalnego fotografa, który robi im rozbieraną sesję, a na koniec podpisują się z dumą pod swoim ciałem. Bez krzty skrępowania.



Nie wiem już sama - czy to świat schodzi na psy, czy to ja jestem staroświecka? Może tylko ja uważam, że takie zdjęcia to nie powinna być norma, a ludzkie ciało nie powinno być wystawione na pokaz dla każdego kto chce je obejrzeć. Z możliwością komentowania i oceniania w skali od 1 do 10.

Co o tym sądzicie? 

poniedziałek, 11 lipca 2016

Ile kosztuje życie w Anglii?

O pieniądzach każdy raczej czytać lubi. Szczególnie, kiedy mowa o zarobkach innych ludzi, czy o ich miesięcznych wydatkach na czynsz, ubrania czy kosmetyki. Tym razem poczytacie o wydatkach w Anglii. Ile kosztuje życie, czyli trochę o cenach wynajmu, odpowiem też na pytanie czy to prawda, że chleb tutaj jest drogi i ile można zaoszczędzić w niewielkim okresie czasu.

Kontekst

Zanim jednak przejdę do konkretów, postanowiłam nakreślić kontekst z jakiego będę opisywać sytuację. A więc dla tych co nie wiedzą - ja mieszkam w ponad 200 000 mieście - Luton - w Anglii, gdzie jak wiadomo walutą jest funt brytyjski. Kurs na dzień dzisiejszy (11.07.2016) to 5 zł i 20 groszy. Stawka minimalna w tym roku to £7.20 na godzinę, co w przeliczeniu na pracujący miesiąc daje ok. £1200, czyli przy dzisiejszym kursie 6 240 zł.



Opłaty podstawowe

Przede wszystkim - czynsz. Jeśli decydujemy się na pokój, to będziemy musieli wyłożyć 80-90 funtów tygodniowo, a jeżeli chcemy studio flat, czyli pokój z oddzielną kuchnią i łazienką, to razem z rachunkami przy odrobinie szczęścia wydamy £500-£600 miesięcznie.
Jeśli natomiast dorwiemy mieszkanie, w którego czynsz nie wliczone są rachunki, będziemy zmuszeni myśleć o opłatach wody, prądu oraz council taxu (który zazwyczaj wynosi ponad £100 na miesiąc). Dodatkowe opłaty to oczywiście jakiś internet, abonament na tv czy telefon.
Jeżeli zdecydujecie się na samochód to dochodzi wam ubezpieczenie na osobę (nie na samochód, jak w Polsce) + podatek drogowy (road tax). Ubezpieczenie jest uzależnione od wielu czynników, ale z reguły jest drogie. Tutaj £600 na rok to jest mało. Podatek drogowy natomiast wynosi ok. £60 funtów na bodajże pół roku.

Konkrety w liczbach

Już od dłuższego czasu staram się śledzić nasz budżet domowy, dlatego prowadzę zestawienie, które pozwala mi zobaczyć na co idą pieniądze i ile w danym miesiącu wydaliśmy. Oto amatorska tabelka z Excela:

Uśredniając wydatki z tych pięciu miesięcy (czerwca nie liczyłam, bo prawie cały miesiąc byliśmy w Polsce, więc zestawienie byłoby niewiarygodne) wychodzi prawie £1100 miesięczne. Jak nietrudno zauważyć z jednej pensji dwoje ludzi jest w stanie się utrzymać, ale zaoszczędzą tylko 100 funtów miesięcznie. 

Co jest drogie?

Pomijając ubezpieczenie, czynsz i inne opłaty, drogie są niektóre produkty spożywcze. Na przykład za zwykły, polski chleb trzeba zapłacić funta, albo nawet i nieco więcej. Już nie chcę dodawać, że każdy chleb, choć nie wiadomo ile miałby nalepek, że jest polski, z polskiej piekarni, nie dorównuje smakiem nawet do najgorszego chleba w Polsce ;)
Jak już jesteśmy przy kanapkach, to również wędlina nie jest tania. W marketach 5-8 plasterków dobrej szynki kosztuje koło £1.60, a tańsza wędlina wcale nie jest smaczna. Pozostają polskie sklepy, gdzie jednak ceny wędlin też są dużo wyższe niż w Polsce. 
Poza tym w Anglii nie występuje termin owoce i warzywa sezonowe. Wszystko ma tu w miarę stałą cenę i takim sposobem mogę zapomnieć o truskawkach po 3-4 zł za kilogram w czerwcu. Co prawda zniżą cenę, ale dalej jest to £1.50 za mniej niż pół kilograma. 
Wódka i papierosy też do tanich nie należą. W sklepikach na rogu za litr wódki Smirnoff trzeba dać £30, natomiast karton fajek to standardowo ponad £40. Także... Nie dziwcie się, że Polacy handlują tymi produktami na zachodzie ;)

Z przemysłowych rzeczy to zauważyłam, że gąbki do kąpieli są drogie i dużo gorszej jakości. Chodzi mi o takie duże gąbki z jedną stroną chropowatą do masażu. W Polsce takie gąbki to wręcz groszowe sprawy, a tutaj trzeba tego funta dać. 
Innym przykładem może być papier toaletowy. Całkowicie prozaiczna rzecz, ale niezbędna w każdym domu (no chyba, że ktoś podciera się samym kaszmirem i jedwabiem, to sorry). Za 12 rolek taniego papieru Floralys w Lidlu zapłacisz £4 , kiedy w Polsce za tą cenę dostałabym ok. 25 rolek Biedronkowej Melodii. 



Jak można zauważyć z tabelki bilety autobusowe też nie są najtańsze. Nie znam dokładnych obecnych cen autobusów, ale w dwie strony trzeba dać prawie 5 funtów. Jak jeszcze chodziłam do pracy to cena tygodniowego biletu wynosiła £14. 


Co jest tanie?

Żeby nie być stronniczym, trzeba też spojrzeć na pozytywy zakupów w Anglii.  Na pewno dużo tańsza jest tutaj elektronika. Zarówno nowe modele laptopów, komórek czy aparatów, jak również te używane są tutaj stosunkowo tanie. Poza tym Anglia to takie małe zagłębie dla polskich elektroników, którzy mają możliwość wyhaczyć zepsute sprzęty w groszowych sprawach, tanim kosztem naprawić, a później z dużym zyskiem sprzedać w Polsce. 
Markowe ubrania. Mam na myśli "robotnicze" Adidasy, Nike czy Reeboki. Tutaj te buty są tańsze niż w Polsce, a poza tym jest wiele, wiele promocji i okazji, by wręcz kupić je za grosze. 

Wydaje mi się, że tanie są też siłownie. Miesiąc za 12 funtów to atrakcyjna oferta, przynajmniej w moich oczach. 

Gdzie i kiedy kupować?

Produkty spożywcze tanio znajdziemy w Lidlu lub w Aldim. Nie są to sklepy idealne, bo jakość niektórych produktów tam nie powala (szczególnie owoców i warzyw). Za owocami i warzywami poszłabym na pakistańskie targi, gdzie często gęsto sprzedają "na miski". W plastikowych miskach leżą na straganach produkty, a każda miska to funt. Nieważne czy to banany, pomidory czy marchew. Oczywiście są też stragany, gdzie sprzedają te produkty na wagę.



 Relatywnie niedrogo jest też w Tesco, Asdzie i Icelandzie. Natomiast nie polecam Sainsbury's, jeśli chcecie dużo zaoszczędzić - jest tam raczej drogo, chociaż z kolei jakość produktów z reguły jest wysoka... No coś za coś. 

Jeśli jesteście łowcami okazji, w sklepach osiedlowych typu Co-operative często wieczorami są promocje na spożywcze produkty, którym kończy się termin. Tak samo z resztą jest w Lidlu czy Tesco... Warto się wybrać i zgarnąć np. jogurt za 10 pi :)

Ubrania, buty czy sprzęt warto kupować w Boxing Day, promocje są niebywałe - 50%, 70%, a nawet 90%. Ma to oczywiście swoją cenę - trzeba przepychać się w kolejkach pełnych ludzi w drugi dzień świąt 26go grudnia. Drugi taki dzień przecen to Black Friday, który wypada bodajże w ostatni piątek listopada. 

Wystawki i car booty

Popularne w Anglii są też wystawki. Ludzie, którzy chcą wyrzucić stare meble czy jakieś sprzęty, po prostu zostawiają to na chodniku przed domem. For free ;)
Car booty, czyli wyprzedaże bagażnikowe to również świetne miejsce na obłowienie się w używane ubrania, książki, sprzęty, ceramikę, itd. Ceny są zazwyczaj bardzo niskie, np. ubrania chodzą po zazwyczaj symbolicznej cenie - od 20 pi do 5 funtów. 

Typowe second handy też oczywiście są, ale to już z cenami różnie bywa. Czasami uda się coś tanio upolować, ale z reguły ceny są zbliżone do najtańszych sieciówek jak Primark czy F&F. W każdym razie nie ma sensu obławiać się w kilka bluzek po 3-4 funty jedna ;) Przynajmniej moim zdaniem. 



Podsumowując

Życie w Anglii nie jest usłane różami, nic z nieba nie kapie. Żeby mieć pieniądze i prowadzić w miarę komfortowy styl życia trzeba pracować. Wiadomo, że z pracą też różnie bywa, nie zawsze pracujemy na pełnym etacie, żeby dostać te minimalne £1200, o których pisałam na początku. 
Ceny produktów są adekwatne do płacy, natomiast niekiedy znacznie odstają jeśli chcemy przeliczać funty na złotówki. Ja, jako oszczędna osoba i tak radzę każdemu umiar, zdrowy rozsądek i korzystanie z okazji, jeśli takie się nadarzają. Nie szastajmy na lewo i prawo kasą, bo nie wiadomo, czy za tydzień nie zostaniemy bezrobotni. A życie z tygodnia na tydzień i z miesiąca na miesiąc nie jest za rozsądnym podejściem do życia dorosłego człowieka. 

Dziękuję za uwagę i pozdrawiam - w razie jakichkolwiek pytań jestem do Waszej dyspozycji w komentarzach :) Jeśli z czymś się nie zgadzacie, albo coś jeszcze byście dorzucili - też piszcie, z chęcią o tym poczytam. Miłego tygodnia :)

poniedziałek, 4 lipca 2016

Fotorelacja | Czerwiec 2016

Dzisiaj przychodzę z podsumowaniem minionego miesiąca. Był dość intensywny, ale tym to chyba nikogo nie zdziwię... Kiedy wszyscy uczniowie i studenci żyli zakończeniem roku szkolnego, my żyliśmy Brexitem. No ale może po kolei....

CO SIĘ DZIAŁO

Pierwsze 3 tygodnie czerwca spędziliśmy w Polsce. Tym razem na spokojnie odwiedziłam tylko swojego chrześniaka i moją prababcię, która kilka dni później zmarła. O tym jak cudowną osobą była wspominałam już w innym poście, więc teraz po prostu doceniam te odwiedziny, które okazały się być moim ostatnim pożegnaniem z nią.

Jako, że swojego chrześniaka Wam jeszcze nie pokazywałam, pochwalę się nim tutaj:

Zdjęcie z dnia chrzcin, ponad 3 lata temu. Niestety jakoś nie mam aktualnych zdjęć, ale postaram się to nadrobić!

Reszta dni w Polsce upłynęła na błogim lenistwie, zakupach, spotkaniem z Olą oraz z koleżanką Sylwią, która po roku w Szkocji w końcu wróciła na wakacje. Nie obyło się oczywiście bez grilla oraz alkoholu ;)

Sorry za takie zdjęcie z "resztek", ale jakoś nie skupiałam się na zdjęciach :D

Regionale specjale :D 

Zdjęcie z Olą obowiązkowe :)

Z Karolem byłam też w Nieliszu i Zwierzyńcu.

Przypadkowe selfie nad wodą :)

Nie zabrakło też wspólnych obiadów z rodziną, wycieczki rowerowej, wafli przekładanych truskawkami i jednodniowego wypadu z mamą do Zamościa :)

Gofry i kawa z mamą <3

Rower <3


Z lepszych nowinek to na pewno też to, że oficjalnie zdałam studia i w końcu udało się nam zamówić kamerzystę na wesele. Jestem z tego powodu bardzo, ale to bardzo szczęśliwa. 

Końcówka naszego pobytu w Polsce była dość smutna z uwagi na wyjazd do Anglii jak i śmierć prababci. Po przyjeździe na wyspy też właściwie nic dobrego się nie działo... Na sam początek rozbolał mnie ząb (i boli dalej...), no i już wcześniej wspomniany Brexit. Anglia opowiedziała się w referendum za wyjściem z Unii. Był to dla nas cios, bo tak naprawdę nie wiemy co będzie dalej. Jedyne co nam pozostaje to czekać na rozwój wydarzeń i nie zwariować. 
Tymczasem Karol dał w pracy wypowiedzenie, a naszemu landlordowi oznajmiliśmy, że się wyprowadzamy. I tak właśnie intensywnie minął nam czerwiec. 

KULINARNIE

Jako, że do Polski trafiliśmy w sam środek sezonu truskawkowego - mieliśmy raj dla naszych brzuszków i podniebień :)

Truskawki z własnej grządki <3

Z resztą nie tylko truskawki były pyszne...

Kto też uwielbia botwinkę? :)

Pizza w Da Grasso na Dzień Dziecka z Olą (drugą Olą ;)). 

Zakochałam się w tych batonikach, szczególnie w tym chałwowym <3


KSIĄŻKI I FILM

Ze względu na pobyt w Polsce, nie bardzo miałam czas, żeby czytać książki czy oglądać filmy. Ale jako, że te, które już czytałam czy oglądałam okazały się totalnymi perełkami, teraz mam Wam co polecić :)

Bez względu na cenę - Joseph Fadelle. Genialna pozycja opowiadająca o przejściu muzułmanina na katolicyzm. Oparta na faktach, lekka w czytaniu, mega inspirująca. Książkę poleciła mi mama Karola, a teraz ja mogę polecić ją Wam! Koniecznie przeczytajcie. 

Zakonnice odchodzą po cichu - Marta Abramowicz. Mimo, że lekko stronnicza, to wciąż mega ciekawa książka opowiadająca o przyczynach występowania zakonnic z polskich zakonów. Myślę, że warto poczytać o tym, jako, że podobnej literatury czy nawet informacji na ten temat nie ma za wiele. 

Jeśli chodzi o kino, to polecam Wam film Kwiat pustyni - głośny film z 2009r. oparty na książce o tym samym tytule. Opowiada o somalijskiej dziewczynie, która ucieka do wielkiego świata i robi karierę modelki. Wzruszający, ciekawy, piękny film. 

KOSMETYKI

Duże denko w tym miesiącu, jakoś w Polsce wiele kosmetyków się mi pokończyło. 


Nie będę rozwodzić się nad każdym produktem, ale docenię przyzwoity tusz do rzęs i korektor z Miss Sporty. Ta firma ma fajne i niedrogie kosmetyki, dlatego często w Rossmannie wybieram sobie coś z ich szafy. Skończyły się też moje ukochane perfumy jaśminowe z FM. Nie dla każdego jest ten zapach, bo jest dość intensywny, niektórzy nawet mogą go określić jako duszący. Ja natomiast go ubóstwiam. 

Totalnym bublem okazały się diamentowe płatki pod oczy z Biedronki za piątaka. Były miłe w aplikacji, chłodne, ładnie przylegały pod oczy, natomiast nie zrobiły totalnie nic. Mimo wszystko, spodziewałam się jakiegokolwiek efektu, ale niestety przeliczyłam się. 



Dwa hity i dwa buble. Płatki pod oczy z Aldiego są super, polecam! Tak samo jak fajny jest olej kokosowy. To moje pierwsze doświadczenie oparte na olejowaniu włosów, balsamowaniu ciała i wcierania w paznokcie, ale jestem na tak!

Z kolei ten żel pod prysznic z Superdruga to sama chemia. Szamponu do włosów z The Body Shop to również porażka. Moje włosy po umyciu wyglądały fatalnie! Odradzam. 

MUZYKA

Mój gust muzyczny można podzielić na dwie połowy czerwca. W pierwszej było wesoło, wakacyjnie, w drugiej trochę nostalgicznie i smutno. Dużo było też polskich hitów, jako że Opole. Kto też oglądał? :)


___________________________________

Zachęcam do komentowania i podzielenia się swoimi wrażeniami z zeszłego miesiąca. I niech następny miesiąc - lipiec będzie lepszy. Pozdrawiam :)